Ginekolog nie chciał zbadać „zapasionej lochy" - Agnieszka, 42 lata, Warszawa
Cztery lata temu poszłam na coroczną, rutynową wizytę do ginekologa z zamiarem wykonania kontrolnej cytologii. Wybrałam jedną z warszawskich placówek jednej ze znanych sieci komercyjnych. Gdy weszłam do gabinetu lekarz zapytał ze zdziwieniem, po co do niego przyszłam. Wyjaśniłam mu cel wizyty. Lekarz stwierdził, że zanim wypisze skierowanie na cytologię, to najpierw musiałby mnie zbadać, a to jest niemożliwe, bo jestem za gruba, a to dla niego jest przeszkodą i dlatego muszę najpierw wykonać badanie usg ginekologiczne, aby on w ogóle mógł mnie dotknąć. Rzecz jasna - wyraziłam swoje zdumienie jego odpowiedzią , zachowaniem, procedurą. W odpowiedzi, zirytowany lekarz zaczął mnie obrażać i straszyć mówiąc, że – cytuję – „takie zapasione lochy to chorują częściej na raka i inne groźne choroby". Oczywiście wyszłam natychmiast z gabinetu trzaskając drzwiami i nigdy więcej nie wróciłam ani do lekarza, ani do placówki. Acha! Dla ścisłości – ważę 97 kg. Kiedy patrzę na siebie w lustrze nie widzę kobiety, która ma nadwagę i jest nieatrakcyjna.
Agnieszka, 42 lata, Warszawa
